środa, 3 października 2018

Muszę być suką, żeby przetrwać.

  Wszystko szło ku dobremu, żyłam spokojnie, miałam plan i przede wszystkim postanowiłam nie kwękać. Nie narzekać i nie żalić się.
 Ale czasem się nie da.
 Pan mąż wpadł na tydzień i przez ten czas uświadomił mi kim dla niego jestem. Albo CZYM. No, bo wychodzi na to, że NICZYM.
 A ja głupia się przejęłam po raz kolejny. A może się nawet nie przejęłam, tylko popadłam w dziwny stan. Jakieś rozczarowanie i strach, że dojdzie do sytuacji, że zostanę stłamszona i zniszczona psychicznie za wszystkie moje grzechy. W tej chwili nawet nie wiem który największy.
 No bo stawanie okoniem na propozycje cudownych, uzdrawiających diet wyszukanych w Sieci i odmowa wkrapiania sobie w ślepia palących kropli domowej roboty to raczej średnie przewinienie.
 Najgorszym przestępstwem to jednak było sabotowanie przeze mnie pewnego testamentu albo przepisu. Właściwie to było sabotowanie samego zamiaru w postaci luźnych pogawędek i obietnic rzuconych w przestrzeń, nawet  nie popartych wizytą u pierwszego lepszego prawnika. Mój sprzeciw raczej nie był brany pod uwagę, po prostu były inne ważniejsze sprawy. Na przykład picie, kłótnie, ganianie się z jednego miejsca w drugie, awantury, obdukcje, daremne próby przegadania komuś do rozsądku. A mój mały sprzeciw to tylko zaakcentowanie mojego rozczarowania faktem, że po raz kolejny zostaję pominięta. Tak jakby mnie nie było. Nie jest to zbyt przyjemne.
 Teraz sytuacje jest trochę inna i chyba figa z kasy. I tego mi mój pan mąż nie może zapomnieć. To w nim tkwi głęboko. Nie ma sensu umierać, bo potem też mi nie da spokoju, jak innym nieżyjącym nie daje...
 Nawet już mam powiedziane, że jakbym coś dostała z ustawowego podziału, to mogę sobie to zabrać i wyp....
 Najlepsze jednak w tym jest to, że mój ojciec ŻYJE, względnie dobrze się czuję jak na swoje 83 lata  i ma drygi jak czterdziestolatek. Na dodatek ma koleżankę o 19 lat młodszą. No więc o czym mowa. Może się nawet ożenić i kto mu zabroni?
 I tu się nie obawiam mniejszej, albo żadnej kasy ze spadku. Ja się obawiam, że wszystko będzie moja wina. Bo już w zasadzie jestem winna.
 No i zaczęłam o tym myśleć i pojawił mi się dyskomfort. A może strach?
 W sumie nie powinnam się martwić na zapas. Po co mi to? Powinnam mieć wywalone jak mówi młodzież. Mieć to w odwłoku i robić swoje. Może nawet od czasu do czasu wydrzeć twarz na pana męża jak tylko zacznie wracać do tematu. Bo po raz kolejny robię źle. Jestem cicha, uprzejma i tylko uważam, żeby ktoś czasem nie poczuł dyskomfortu psychicznego z mojego powodu. To by mnie bardziej bolało niż tego kogoś. I po raz kolejny ktoś widząc mnie w tym pozytywno-uprzejmym stanie, włazi mi na głowę.
 CO to w ogóle jest? Trzeba z tym skończyć.
 Trochę długo mi to zajęło to rozkminianie problemu. Kilka dni przerwy w pisaniu, bo się nie mogłam skupić. Czy to nie głupie?
 Ale jest też coś dobrego. Ni stąd, ni zowąd pojawiła mi się nowa pasja. Robienie bransoletek z kamieni wydało mi się bajecznie łatwe. Trochę pomogło przeglądanie sklepów internetowych z tego typu rzeczami. Oczywiście ceny słabo osiągalne dla mnie. Kupiłam trochę nieszlachetnych elementów na próbę. Okazało się, że to nic trudnego. Na dodatek pomysły rozsadzają mi głowę. Tak więc czekam na swoje urodzinki i prezenty od dzieci. Myślę o zakupie kilku przewierconych kamyków i paru srebrnych półproduktów. Będzie się działo...
 Oczywiście jednocześnie staram się kończyć powieść. Co chwilę dopisuję nowe rzeczy. Sprawdzam po kilka razy a i tak nie jestem zadowolona. Czasem przychodzą mi dziwne pomysły. Chyba trzeba to wszystko zapisywać.
 Nadchodzą urodziny. Zawsze zastanawiam się co ciekawego od życia dostanę. Najlepsze co dostałam od Systemu to Ustawa o Działalności Gospodarczej Niezarejestrowanej. No, po prostu wszystko fajnie się układa.
 Więc po co martwić się na zapas? Mieć w tyle oszołomów i robić swoje. Ale jednocześnie sygnalizować, że nie boję się ich oszołomstwa.



sobota, 8 września 2018

Cały czas piszę.

 Nie powiem, udaje mi się pisać codziennie. Była tylko jednodniowa przerwa, gdzie przed komisją lekarską byłam tak sparaliżowana, że nic a nic nie mogłam robić. Ale to jeden dzień.
 Moja pracowitość dała efekty, już niemal skończyłam... pozostaje tylko zamknąć w jakiś sposób tak, aby chciało się wrócić do mnie jakby była następna część. Ha ha ha.
 Dokończę tylko jedną erotyczną scenę ale tak, żeby przeszła do historii. Nie będą to takie opisy jak w pewnym bestsellerze, który w MPIKu jest na pierwszej pozycji w sprzedaży. Środek jest już mniej subtelny. Nie wiem co ludzi tak pasjonuje w tego typu literaturze. O ile to literatura.
 Tak więc za jakieś dwa tygodnie mój dywanowy atak na wydawnictwa. Trochę będą problemy z formatem w jakim napisałam, albowiem mam Offisa. Ale jak się komuś nie otworzy to jego strata. Mam też nadzieję, że PDF już otworzą wszyscy.
 Nie czekając na werdykt na temat mojego dzieła, zacznę pisać kolejne. To znaczy tym razem również stary pomysł. Tylko raczej napisze to od nowa. Bo teraz ktoś mnie zainspirował do ukonkretnienia przesłania. Powieść powoli robi się coraz bardziej soczysta. Ja to tak nazywam i nie chodzi tylko o sensacje.

 Inna działalność na razie "leży". Jakoś nie potrafię się skupiać na dwóch sprawach na raz.
 

środa, 22 sierpnia 2018

Chanel jacket + jeans.

 Uwielbiam. No po prostu uwielbiam szanelkową górę zestawioną z dżinsem. Oczywiście nigdy nie nosiłam takiego zestawienia, no bo wiadomo... Stary człowiek i wiecznie zagoniony (za czym?!) i nie ma czasu pewnych spraw dopracować. Nawet popełniłam czarnobiały żakiet, tego typu ale jak do tej pory obsługuje on pogrzeby. Akurat idealny na takie okazje. Tymczasem marzy mi się coś takiego:






 Nawet mam już cudny żakiecik koloru zieleń szmaragdowo - butelkowa... Co prawda nie od Chanel ale od Gerry Webera. Ale to nic i tak stylowy. Nie mogę za nic zrobić dobrego zdjęcia. Nigdzie nie wychodzi ten cudny kolor. I już następna wizja do zrealizowania - porządna lustrzanka.
 Dżinsy mam i to takie z błyskiem. U nas dopiero wchodzą a za granicą już są używane i wyrzucane nawet. W sumie dlatego znalazł się w secondhandzie. Czyli swojsko - lumpeksie.
 Torba pasuje tutaj mała, najlepiej ta chanelowska, pikowana. Nie posiadam takowej, ale z tej prostej przyczyny, że używam tylko wielkich toreb. Może jednak dojdziemy do jakiegoś kompromisu.
 Jeszcze buty i tutaj niestety moje następne ograniczenie - nie mogę chodzić w wysokich obcasach. Może i to jakoś się obejdzie... Wszystko zależy od tego na co się człowiek natknie w sklepach.

 Kiedyś uszyłam lali podobny żakiet:





 Może gdyby nie ten róż, to mogłabym zachorować na podobny w skali makro. I te strzępki... Aktualnie są dostępne różne kolory i faktury tkaniny ale to bardzo drogi sklep. pomijając czy bym miała środki, to i tak chyba dostałabym paraliżu nożyczkowego. Jak ciąć taki cenny materiał? :(

 Próba mojej stylizacji chyba bliżej jesieni... Jak się nauczę dobrze wciągać brzuch. ha ha


wtorek, 21 sierpnia 2018

Rozkręcam się.


 Raczej konieczne jest mieć podzieloną uwagę. Bo zawsze coś będzie. Teraz też zostały do wypełnienia wnioski do sanatoriów. Chociaż tym sposobem mogę gdziekolwiek wyjechać. Trzeba też pisać codziennie. Wydaje mi się, że to w miarę poprawnie mi wychodzi. Oj, jaka jestem skromna ;)
 Muszę pokończyć te zaczęte projekty. Chociażby po to, żeby pokazać to komu trzeba. Najwyżej powiedzą mi, że się do tego nie nadaję. Wtedy zajmę się czym innym.
 Opracowałam dziś około 36 stron. Czytałam i nadal mi się podobało. W międzyczasie rozbudowałam jeden wątek i wymyśliłam nowe zakończenie. Jak utrzymam tempo to do końca wakacji powieść nabierze pełnej formy. A potem czas na na tę drugą. Tę stworzoną wcześniej. Tam też w zasadzie mało jest do dopisania.
 Po tym wszystkim dopiero mogę myśleć nad następnym pomysłem.

 Inne wytyczne dotyczą mojego zdrowienia. Wiadomość o regresji znacznie mnie podbudowała. Postanowiłam zupełnie się pozbyć stanów zapalnych. Wiem jak to zrobić... ale to trudne do przeprowadzenia, głownie z powodu mojego łakomstwa. I tu nie chodzi o jakieś ciasta czy kolorowe napoje. Tu nawet chodzi o zwykłe pieczywo. Głównie gluten. Bez niego walka ze stanami zapalnymi jest o wiele skuteczniejsza i przede wszystkim szybsza. No zobaczymy.
 Oczywiście nad moja zapuszczoną figurą też by się przydało popracować. Wróciłam do szycia i dobrze byłoby się tym pochwalić. Bawi mnie też wyszukiwanie ciekawych ciuchów i robienie stylizacji. Oczywiście sporo z tym roboty a i zdjęć nie ma kto robić... Ale to chyba najmniejszy problem.  Są też lalki i ich dorosłe ciuchy. Nic na to nie poradzę, lubię to robić.

 Są też inne wizje. Ale nie chcę o nich pisać. Ani mówić. Wydają się dalekie i nieosiągalne. Tymczasem obserwuję realny świat i dochodzę do wniosku, że czasem tego typu marzenia się spełniają... Jasne, że wszystko rozbija się o kasę. Ale do cholery, jakoś ludzie sobie radzą. Ostatecznie można zdrapać zdrapkę haha. To też się czasem udaje.

 Ale na razie skupmy się na sprawach nieodległych. Dokończyć powieści, uszyć kreacje, zadbać o siebie.


środa, 8 sierpnia 2018

Mały powrót.


 Kilka miesięcy istnej psychozy. Nie wiem co się działo. Czekałam na badania w szpitalu i bałam się bronchoskopii jak jakiegoś koszmaru. Tymczasem nie było tego badania, były inne i okazało się, że jest regresja. Poczułam się wspaniale.
 Pisać też nic nie pisałam... chociaż ostatnio poczułam się jak w filmie i to takim ciężkawym dla tych co to lubią rozmyślać nad sprawami uczuć, emocji i podobnych. Pojawiła się nowa Muza i przez krótką chwilę widziałam rzeczywistość inaczej.  Oczywiście nie notowałam. Szkoda, bo mógłby być materiał na opowiadanie. A może krótka powieść.
 Mam jeszcze trochę planów do zrealizowania, takich formalności związanych z wypisem ze szpitala. Nie mam podzielności uwagi. Jeżeli coś mnie zajmuje to nie mogę myśleć o czymś innym. Niedobrze.


środa, 23 maja 2018

Dół środkowotygodniowy.

 Nie piszę, nie pracuję tylko się martwię. Już teraz martwię się za innych, bo limit samozamartwiania mi się wyczerpał. Wchodzę na przykład na główne i popularne portale i czytam o śmierci Philipa Rotha... nieodżałowany... No i najmniej irytujące komentarze to: "A kto to?"
 Potem lecą antysemickie bluzgi i zaraz polityka. Albo politykowanie raczej. I to takie debilne na ogół.
 Tak ogólnie to jestem za tym, żeby te wszystkie komentarze były od jawnych autorów. Ja rozumiem, że i tak jest to nie do końca tajne... i tutaj mi przychodzi na myśl mój pan mąż, któremu nie chce się uruchomić własnego laptopa i przesiaduje przy moim. Godzinami i czyta i coś tam klika... Jakieś łapki, jakieś plusy i minusy... jego też cechuje jadowity i chamski antysemityzm. Ale całkiem niesłusznie, bo wystarczyłoby sięgnąć do korzeni i do tego, skąd pochodziła jego szanowna babcia i tyle. Jakie to zabawne, dla mnie oczywiście. Ale lepiej nie szukać, bo a nuż się coś znajdzie, nie lubić się z rodziną, pogardzać sąsiadami, oczywiście tymi, z których nie ma żadnych korzyści.
 Potem głupkowaty rasizm i nacjonalizm a w ogóle zadufanie w sobie. Osobniczo personalizacja większości społeczeństwa. Tego z interentu przynajmniej, bo nie wiem co myślą wszyscy, zwłaszcza ci, którzy się nie wypowiadają publicznie.
 Cały czas jeszcze ocenianie, ocenianie zazwyczaj negatywne. Nienawidzę tego. No i eksperci od wszystkiego, nawet od moralnego prowadzenia się. A co to jest to moralne prowadzenie? Z dalszych moich obserwacji wynika, że to prowadzenie się byle jakie, ale żeby nikt się nie dowiedział. Z pobieżnych informacji można by wysnuć wniosek, że Polacy to wzory cnót wszelakich. Jednak wystarczy forum, czat czy pierwszy lepszy portal randkowy, gdzie osobnicy w związkach, nierzadko małżeńskich, szukają odskoczni. Najlepiej dyskretnie. Jakby co, to oni w separacji, tylko zazwyczaj druga połowa nie wie o tejże.
 Ja też jestem w separacji na FB, a jakże. W moim przypadku jest to jednak separacji od wszystkiego, także mentalna i intelektualna. Tylko ten status mi pasował. Nie rozwiodę się bo nie mam pieniędzy. Zresztą dlaczego mam się rozwodzić teraz jak straciłam zdrowie wiadomo dla jakiej sprawy.
 Wałkowanie tego tematu przyprawia mnie o stres. Drugi stres to fakt, że jestem nieudacznikiem, ofiarą nie wiedzieć czego... Potem dochodzę do wniosku, że to moja wina, moje lenistwo. Ktoś tam mnie pociesza, że nie mogę być leniwa, skoro przeszłam tyle i tyle.
 Powiem jeszcze raz, że osłabiają mnie takie rozkminiania.
  Dziś też nic mi się nie chce... Co ja nie miałam zrobić? Sprzedać coś, wystawić. Siedzę i się wkurzam. Można by było nawet poczytać. Albo przesadzić kwiatuszki. To zawsze uspokaja.



środa, 16 maja 2018

Poprawianie humoru.

 Nie piszę, bo tylko biegam od specjalisty do specjalisty i jestem tak wypompowana tym, że już nic mi się nie chce. Tylko spać. To też nie zawsze mi jest dane, bo domownicy nie zawsze preferują styl życia podobny do mojego. Pojawiają się nowe, "ciekawe" jednostki chorobowe... a ja mam podejrzenia, że wszystkim rządzi SARKO.
 Ale nie będę opowiadać bo miałam nie kwękać.
 O jednym jednak muszę zakwękać, bo  upasłam się jak świnia. W ciągu krótkiego czasu przybyło mi parę kilogramów bo jak inaczej. Skoro muszę sobie poprawiać nastrój żarciem. Lody, piwo i pieczywko francuskie polewane słodyczą. Na efekt nie trzeba było długo czekać.
 Nie będę tutaj pokazywać mojego brzuchola, chociaż mam takie ciągoty. Za karę niech się wszyscy pośmieją. Jednak pokaże następny polepszacz humorku - kamyki. Tym razem tym razem cytrynowa bransoletka. Cytryny mają przyciągnąć bogactwo. Ciekawe jakie? Może bogate wnętrze?
 Jak dla mnie to są kwarce dymne. taki ciemny odcień...






 Popełniłam jeszcze mały czaroit przewiercony, żeby można go było nosić. One same siebie przyciągają bo prosiłam je o to. Całe szczęście, że jest mało biżuterii takiej w moim stylu. Może gdzieś tam są jakieś okazy ale oczywiście drogie.

Od niedzieli mam dietę, nie ma przeproś. W sierpniu w szpitalu zleci mi pewnie ze trzy kilogramy, to spodziewam się, że jesień zacznę wylaszczona. Założyłam sobie konto na Instagramie. To co tam oglądam, przeważnie działa na mnie inspirująco. Fajna zabawka.