Oglądałam ostatnio filmik o Alizee. Sama bardzo lubiłam jej słuchać a zwłaszcza ten kawałek najbardziej rozpoznawalny. Przypomniała mi się pewna postać. To była bardzo dziwna relacja. Wydawało mi się, że facet jest dobrze rokujący. Tak to opisałam w pewnym komentarzu:
-Znałam jednego co miał szajbę... Mówił ze to jego przyszła żona ... hehe. Akurat na niego ta historia nie zadziałała inspirująco. Spotkałam się z nim rok temu, po kilkunastu latach internetowego kontaktu... Totalna porażka. Cuchnący, stary kawaler, alkoholik z zębami jak koszmar ortodonty... Sam o sobie mówiący, że jest zjebany... Najgorsze, że to jak najbardziej prawda. Jedyny plus tej znajomości to fakt, że zainspirował mnie do napisania jednego opowiadania, które zostało dobrze ocenione. Powstało ono na podstawie jego osobistej relacji po pewnym losowym zdarzeniu. Ciekawe przemyślenia i wnioski. Widać było potencjał. Ale to wszystko rozmyło się w procentach jak wiele innych spraw na tym świecie. :(
A bo to on jeden taki?... O czym tu rozprawiać? Później na dodatek skonstatowałam, że te wszystkie wspomnienia są figę warte. No bo co z tego, że wcześniej wszystko było takie proste? Dziś jestem skłonna twierdzić, że to był efekt jasno postawionych celów. Trzeba zrobić tak i tak, przetrwać, zwyciężyć, bo oczekują tego od nas rodzice, partner, rodzina, dzieci... Trzeba wykonać plan i nie zawieść nikogo. Później nadeszła chwila prawdy i nowe odkrycie, że tak naprawdę NIKT tego nie doceni i wszyscy mają w d... twoje poświęcenie.
Teraz akurat zaczynam wątpić w to medium, jakim jest Internet. Niby dużo mi dało w kwestii ogólnego rozwoju ale też skutki uboczne są ciężkie. To są odkrycia tak straszne, że w pierwszej chwili dołują. Dochodzi się do wniosku, że najlepsze byłoby proste życie, gdzie nie straszy "świata groźny szum", ranne wstawanie, zwyczajne, codzienne czynności, oczekiwanie co najwyżej na tańczącą niedzielę, proste i zdrowe emocje. Tak bez udziwnień, bez tej całej skomplikowanej rzeczywistości.
Hmm... chyba się już autentycznie starzeję... Przychodzi ten moment dogłębnej analizy rzeczywistości. Co z tego wyniknie? Może jakaś prawda objawiona? Ale to akurat nie będzie miało dla nikogo znaczenia. To akurat, że dla mnie TAK to absolutnie nieważne.
Powiedziałabym, że dojrzałość /to nie to samo co starość/ nie należy wrzucać tych dwóch pojęć do jednego worka. Dojrzałość to stan umysłu i ducha, a nie metryka. Zatem to co teraz czujesz, dostrzegasz, to jak zmienia się Twoje postrzeganie i priorytety to efekt osiągniętej dojrzałości w efekcie której, "spadły łuski z oczu" i widzisz rzeczywistość taką jaka ona jest a nie taką jaką Ci wmawiano lub jaką sama chciałaś by była. Wbrew pozorom nie jest łatwiej / stąd nostalgia/, ale nie należy się poddawać ... to jak z nowymi okularami, potrzeba czasu by przywyknąć do nowej ostrości widzenia i nauczyć się z nią żyć . Dojrzałość to jest Twój czas... czas na mądre wybory, na dbanie o siebie i relacje, które Cię budują, a nie męczą... jednym słowem to czas na celebrowanie życia. A "stara" będziesz z chwilą gdy zaczniesz sobie mówić " nie, to już nie dla mnie". Pozdro !
OdpowiedzUsuń